Publicystyka

Mniej znane legendy Tokio – Dlaczego tokijczycy boją się wszystkiego?

Hiroto Fukuyoshi lat 35. Jego imię pisane jest znakami oznaczającymi osobę posiadającą wysokie aspiracje, fortunną i dobrą. Rodzice, nadając mu to miano, chcieli wyraźnie z niego zakpić.

Energicznie potarł przegubem ręki czoło i sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Zapalił i zaciągnął się nerwowo, razem z dymem wypuszczając tłamszony stres całego dnia. Powinien być idealny. Powinien być aspirującym pisarzem jak Ryunosuke Akutagawa – tak myśląc zuchwale zaciągnął się papierosem, kiwając głową z uznaniem. Tak to właśnie to. Powinien pisać. Więc jak to się stało, że kolejny raz zostaje w pracy po godzinach? Jest już 2:30 i po ostatnim pociągu zostały puste mrzonki. Czekają go cztery przecznice na piechotę. Hiroto usiadł na ławce i bezradnie wzruszył ramionami, pocierając skronie. Żona znowu mnie zabije – pomyślał. Obiecał wracać wcześniej, bardziej się starać, żeby szef go zauważył. Zapalił kolejnego papierosa i ziewnął przeciągle. Musi wstać, żeby znowu nie zasnąć na ławce. Jeszcze tylko trzy przecznice i będzie w domu. Przechodząc w pobliżu stacji metra, Hiroto opanował niewytłumaczalny strach. Przypomniał sobie jedną z miejskich legend i, nerwowo przełykając ślinę, rozejrzał się na boki. Zaśmiał się histerycznie.
– Jaki jestem głupi, nie jestem już dzieckiem i nie powinienem wierzyć w takie rzeczy! – powiedział na głos i przyspieszył kroku, lecz ciążące widmo strachu doganiając mężczyznę, otuliło się wokół ciała i nie pozwalało iść dalej.

Coraz bardziej intensywne, lepkie i zimne stróżki potu spływały miarowo po zmęczonych członkach. Dźwięk uporczywie upominający się o uwagę, raniąc uszy nie pozwał dłużej trwać w bezruchu. Hiroto czuł, że musi coś zrobić. Powoli odwrócił głowę, napotykając nieodgadniony wydźwięk strachu. Telefon miejski. Zastanowił się chwilę czy odebrać. To nie może być przecież Satou-San, powinienem sam wykręcić do niego numer, prawda? – pomyślał. Wymownie przełknął ślinę i drżącą ręką podniósł słuchawkę.
Halo?! Hiroto, to ty?! Wiesz, która jest godzina? Już dawno powinieneś być w domu! Obiad stygnie! Słyszysz mnie?! – poczuł, jak całe zgromadzone powietrze schodzi z niego niczym z nadmuchanego do granic możliwości balonu. To jego żona, jego urocza, wiecznie krzycząca żona!! Nie żaden Satou-san. Hiroto zaśmiał się, krótko i szczerze.
– Tak kochanie, ale skąd wiedziałaś, że tutaj będę? – odpowiedział.

Mimowolnie sięgnął do drugiej kieszeni spodni i wyciągnął telefon. Wszystko jasne – brak zasięgu.


Powyższa krótka anegdotka ma na celu wprowadzenie nas do artykułu i zadanie swoją treścią pytania: czym tak właściwie jest legenda miejska i dlaczego tak bardzo zakorzeniła się w umyśle przeciętnego Japończyka? Od zamierzchłych czasów Japończycy lubowali się w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, barwionych i podszywanych smaczkami tego, czego aktualnie bali się najbardziej. Do dziś niezmiernie cieszą się popularnością opowieści z dreszczykiem, małym bądź wielkim. Nie bez przyczyny tak stara historia jak Kuchisake-onna przetrwała od czasów przed westernizacją Japonii aż do dziś. Duchy, potwory i zjawy są bytami naturalnie przebywającymi wśród japońskiej ludności. Wysokie ceny mieszkań w Japonii, a tym samym w centrum jej stolicy, są tego dobrym przykładem. Jeśli jakieś mieszkanie jest zbyt tanie prawdopodobnie z jego ceną wiąże się niematerialny lokator. W literaturze jest mnóstwo podobnych przykładów, w Polsce najbardziej dostępna jest książka „Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej” Zacka Davissona, opublikowana przez wydawnictwo Mundus.

Zbierając materiały do tego artykułu z ciekawości wypytywałam znajomych oraz osoby starsze o jakieś rodzime legendy z okolic. Niewielu potrafiło cokolwiek przytoczyć, a gdy udało mi się usłyszeć od kogoś legendę była to interesująca opowieść niczym rodem ze starych baśni jak „Baszta siedmiu płaszczy”. Ludzie z mojego pokolenia bardzo często przytaczali historię czarnej wołgi, ale to najstarsze pokolenie uraczyło mnie fascynującymi historiami z duchami, rogatymi kusicielami i demonami. Skoro wielu z nas sięga po tak zwane creepypasty – zamerykanizowane historie, legendy – to dlaczego, w przeciwieństwie do Japończyków, często zapominamy o swoich rodzimych równie interesujących? Nie przedłużając przejdźmy zatem do mniej znanych Tokijskich legend.

1. 1932: Śmierć w Shirokiya Department Store

Pożar w domu towarowym, w wyniku którego zginęło 14 osób, głównie kobiet. Panowała wówczas jeszcze japońska moda, stopniowo wypierana przez zachodnią. Podczas pożaru wiele sprzedawczyń ubranych w kimona zostało zmuszonych do wejścia na dach. Kobiety odmówiły skakania, ponieważ nie miały na sobie bielizny. Legenda głosi że japońska skromność nie pozwoliła im skoczyć, aby nie obnażyć swoich ukrywanych wdzięków. Legenda została nawet opisana w podręcznikach szkoleniowych dla strażaków. Wraz z upływem czasu pojawiło się wiele teorii weryfikujących lub podważających autentyczność legendy. Według jednej z nich ta historia miała być jedynie katalizatorem zmian i akceptacji zachodnich trendów. Swoją drogą, 39 lat temu w Szczecinie również zdarzył się podobny incydent, w którym też zginęło 14 osób, głównie uczniów. Różnica jednak jest taka, że my przeciwieństwie do Japończyków nie mamy żadnej legendy upamiętniającej ten incydent, bo w naszym rozumowaniu liczy się pamięć, ale i z nią różnie bywa.

2. Rejs łodzią w parku Inokashira

W parku znajduje się posąg bogini Benzaiten. Legenda głosi, że jeśli szczęśliwa para wypożyczy w parku łódź i razem przepłynie jezioro, to wściekła i zazdrosna bogini przeklnie ich i doprowadzi do rychłego zerwania związku. Swoją drogą, jest to dobre wytłumaczenie, aby porzucić nieświadomego partnera.

3. „Golden Pay Phone”, Yotsuya, Tokio.

Japońskie telefony miejskie zwykłe mają odcień zielony lub szary, ale nasza legenda mówi, że jeden z nich został pokryty złotą farbą, upamiętniając tym samym paradę małżeńską księżniczki Mosako. Jeśli Twój obiekt westchnień nie odwzajemnia Twoich uczuć, wrzuć 10 jenową monetę i wypowiedź imię i nazwisko ukochanego, a już nazajutrz te uczucia zostaną odwzajemnione.

4. Budynek władz Tokio jest gigantycznym robotem.

Każdy przeciętny Japończyk chociaż raz słyszał tę miejską legendę, w której budynek metropolitarny w sytuacji kryzysowej, takiej jak wojna czy inwazja przybyszów z kosmosu, przekształci się w gigantycznego robota, aby bronić mieszkańców miasta. Na czele będzie stał gubernator Tokio, który jako jedyny umie sterować robotem. Legenda głosi, że zasięg ruchu robota wynosi około 40 km.

5. Gigant z Daity – Daidarabotchi.

zdj. David Stanley, flickr.com

Obecnie dzielnica została przekształcona w osiedle mieszkalne i po charakterystycznym zagłębieniu nie zostało śladu, ale niegdyś mówiło się, że 180 metrowe zagłębienie jest pozostałością po stopie starożytnego giganta. Jednak władze budując dzielnice skutecznie zamaskowały ślady jego obecności, choć najbardziej zagorzałym fanom legendy to nie przeszkadza w poszukiwaniu śladów obecności Daidarabotchiego w innych dzielnicach i miastach Japonii.

6. Pies o twarzy człowieka

zdj. Wonderlane, flickr.com

Legenda głosi, że Jinmenken pojawiają się w japońskich obszarach miejskich. Podobno pierwszy raz widziano je na autostradzie Tomei w Tokio w 1989 roku. Jeżdżą po autostradach z bardzo dużą prędkością tylko po to, żeby wyprzedzić auto i spojrzeć kierowcy w twarz. Wizerunek Jinmenkena jest rozpowszechniony w kulturze japońskiej, często przedstawiany komediowo, aby nie tyle przestraszyć, ile rozśmieszyć przechodnia. Pojawił się też w anime „Yo-kai Watch”. Mówi się, że Jinmenken to także duch człowieka, który na spacerze ze swoim psem został potrącony przez samochód.

 

 

A teraz bonusowa legenda rodem z Osaki

Klątwa pułkownika

Nie od dziś wiadomo, że baseball jest ważnym sportem dla Japończyków, a co jeśli z powodu klątwy nie można wygrać mistrzostw? Sfrustrowani, zachwyceni zwycięstwem i nieświadomi fani Hanshin Tigers świętowali pierwsze i jedyne zwycięstwo swojego zespołu. Pod wpływem chwili wskoczyli do kanału Dotonbori i wraz ze sobą wrzucili naturalnej wielkości pomnik pułkownika Sandersa (tak to ten od kurczaków). Pułkownik reprezentował pierwszego Amerykanina w japońskiej drużynie – bazowego Randyego Bassa. Legenda głosi, że póki pułkownik znajduje się w rzece, to nie będzie Tygrysom dane wygrać. Nurkowie w pełni odzyskali posąg w 2009 roku (wcześniej wyciągnęli go bez lewej ręki i okularów), niestety Tygrysy dalej nie wygrali mistrzostw.


Japońskie legendy miejskie mają bawić, straszyć, nierzadko uczyć i przestrzegać, ale przede wszystkim oderwać od rzeczywistości przepracowanych Japończyków i sprawić,  żeby po ciężkim dniu mogli zapomnieć o czekającej ich niedalekiej przyszłości. A wy jakie znacie legendy?