Gdzie jest Ueno?
niech mój głos
poprowadzi cię
na stację…
siedzi tam
twój wierny kompan,
wciąż czeka…
22 maja 1925 r.
Nie pamiętam, jak znalazłem się w domu. Skoczyłem na równe nogi i zacząłem szukać. Nigdzie nie mogłem go znaleźć. Wyszedł już do pracy? Czy w ogóle wczoraj wrócił? Byłem skołowany. Zacząłem węszyć. Zapachy jego perfum, mnogości studentów z uczelni na jego płaszczu i ciepłego deszczu były wciąż żywe, lecz coraz słabiej. Sakano nie było w domu. Ogrodnik był bardziej ponury niż zazwyczaj. Wieczorem znów czekałem na stacji, nie wiedząc, co się dzieje.
Wśród tysiąca obcych twarzy, wśród niezliczonych zapachów i złowrogich spojrzeń szukałem choć jednego tropu. Ktoś pchnął mnie w tłumie, a pani najechała na mnie wózkiem z dzieckiem. Cicho zaskomlałem, za co zostałem zganiony przez jakiegoś człowieka. Byłem potrącany i przepychany, obijałem się o ludzkie nogi, nie mogąc znaleźć ani jego ani siebie na zatłoczonej stacji Shibuya. Podchodziłem zagubiony do ludzi, szukając mojego pana, jednak odpowiadała mi tylko obojętność lub grymas niezadowolenia. Nikt nawet nie udawał, że jest przejęty albo, że spróbuje mi pomóc.
I nagle pojawił się błysk. Tak! Tak! Ten płaszcz! To on! Jednym susem podbiegłem, merdając ogonem. Byłem w stanie wszystko mu wybaczyć, bylebyśmy w końcu wrócili do domu. Odwrócił się do mnie. Lecz to nie był on…
23 maja 1925 r.
Wszyscy domownicy byli ubrani schludnie. Sakano miała we włosach czarne wstążki. Przez niemal cały dzień milczała i głaskała mnie po głowie. Prawie nic nie zjadła. Po południu wszyscy gdzieś wyszli. Mieli ładne żółte kwiaty. Pachniały wiosną. Wieczorem wyszedłem jak co dzień na stację. Może dzisiaj wróci? Może to była jakaś dłuższa delegacja? Gdy wyszedłem przez furtkę widziałem tylko smutny wzrok ogrodnika, która smętnie pokiwał głową.
1 czerwca 1925 r.
Minęły dwa tygodnie. A może i trzy? Czas przestał dla mnie mieć znaczenia. Liczył się tylko dzień, w którym jego wyjazd służbowy miał się skończyć. Wtedy pan powitałby mnie na dworcu. Tylko ten dzień.
Sakano odeszła, wracając do rodzinnego domu. Jej ojciec przyjechał po nią osobiście i zabrał ją wbrew jej woli. Wkrótce nasz wspólny dom miał zostać sprzedany.
5 czerwca 1925 r.
Do czasu powrotu Ueno przygarnęli mnie jego krewni. Daleki kuzyn Takeru wraz z rodziną. Nie rozumiałem, dlaczego ani Ueno ani Sakano nie wzięli mnie ze sobą. Czy zrobiłem coś złego?
7 sierpnia 1925 r.
Znów się nie pojawił. Gdzie on mógł być? Mimo mętliku w głowie nie traciłem nadziei. Nawet jeżeli się gniewa i dlatego nie wraca, to przecież złość musi w końcu ustąpić. Nie zostawiłby mnie…samego.
Do naszego domu wprowadziła się nowa rodzina. Mała dziewczynka w różowej sukience biegała po ogrodzie, śmiejąc się. Tam uczył mnie aportowania. W miejscu, gdzie rosły jego kwiaty usypano drogę z kamieni.
10 września 1925 r.
Na stacji znów go nie było. Jakiś mężczyzna potrącił mnie i upadłem. Ludzie omijali mnie w pośpiechu.
11 października 1925 r.
Takeru zabronił mi wychodzić. Nic mnie to nie obchodziło. Musiałem iść na stację wieczorem. Musiałem na niego czekać.
13 października 1925 r.
Po słownych upomnieniach próbował inaczej. Zagrodził mi drogę. Musiałem napiąć wszystkie mięśnie, by przeskoczyć przez płot.
Czekałem długo na stacji, unikając złowrogich oczu podróżnych. Nagle pod moimi łapami pojawiła się ładnie pachnąca psia przekąska. “On nie wróci” usłyszałem nad sobą kobiecy głos. Zjadłem ciastko. Miało gorzko-słodki smak.
15 listopada 1925 r.
“Tato, tato! Spójrz, jakie ten pies ma śmieszne łapki” mała dziewczynka podniosła mnie i wzięła na ręce. Byłem wtedy taki szczęśliwy. Bawiliśmy się razem, graliśmy w gry i spaliśmy często razem na kanapie. A gdy dorosła, w jej życiu nie było miejsca na czworonogiego kompana. Nie chciała mnie wziąć ze sobą. Zostałem więc, lecz nie byłem sam. Ueno zatrzymał mnie i nigdy nie zostawił. Pamiętam, że w dniu, w którym jego córka (moja właścicielka) wyjechała, był tak samo radosny jak zawsze. Dostałem swoją porcję jedzenia i wyjątkowo nikt mnie nie wygonił z kanapy. “Widzisz, Hachiko. Zostawiła nas samych sobie. Teraz będziemy musieli o siebie zadbać”. Zamerdałem ogonem. Bądź, co bądź nie było mi przecież źle.
Nie wiem czemu teraz mi się to przypomniało, leżąc przed tym samym wejściem co zawsze do stacji Shibuyi. Zdałem sobie sprawę, że on nie mógł mnie tak po prostu zostawić. To było niemożliwe. W takim razie wróci. A skoro on wróci, to ja będę czekać.
18 listopada 1925 r.
Padało. Mocno padało. Właściwie to lało jak z cebra. Tak bardzo nie chciałem wychodzić. Miałem suchy nos, co mogło oznaczać, że mój stan zdrowia również nie był najlepszy. Otrząsnąłem się. A co jeśli akurat dzisiaj wróci i nikt na niego nie będzie czekać? Sakano odeszła. Jego domu już nie było. Sam w tłumie bezimiennych twarzy. Bez nikogo. Pewnie wsiądzie znów do pociągu i nigdy nie powróci. Nie mogłem do tego dopuścić! Wstałem i wyszedłem. Musiał wiedzieć, że ja wciąż na niego czekam. Codziennie. O tej samej godzinie. W tym samym miejscu. Mimo zmęczenia pognałem na stację.
Lecz jego znowu nie było.
13 grudnia 1925 r.
Na te święta nie dostałem kawałka ciasta. Ani obiecanej w zeszłym roku piłki. Nie potrzebowałem jednak żadnych prezentów. Miałem tylko jedno życzenie. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Spojrzałem w gwiazdy. Czy istniała jeszcze nadzieja? Zawyłem. Z mojego gardła popłynęła tęsknota tak wielka, że aż sam nie wiedziałem, jak moje ciało mogło ją pomieścić. Ugiąłem się pod jej ciężarem. Zaczerpnąłem powietrza. Chciałem wykrzyczeć cały mój ból prosto w niebo. Nagle pojawił się Takeru. I zamiast krzyczeć, to ja zostałem zakrzyczany.
19 kwietnia 1926 r.
Przepraszam, że byłem samolubny. Przepraszam, że zgniotłem raz wtedy kwiaty. Przepraszam, że krzyczałem, gdy byłem sam w mieszkaniu. Przepraszam za ostatnie słowa. Już nigdy nic złego o tobie nie pomyślę. Tylko błagam Cię.. wróć!
21 maj 1926 r.
Zagwizdał pociąg, pędzą bezwonne twarze, a ja wciąż czekam.
I tak minął rok…
Ciąg dalszy nastąpi…




